Baśń o dwóch braciach

“A droga wiedzie w przód i w przód,

Choć się zaczęła tuż za progiem -

I w dal przede mną mknie na wschód,

A ja wciąż za nią – tak jak mogę…

Znużone stopy depczą szlak -

Aż w szerszą się rozpłynie drogę,

Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…

A potem dokąd? – rzec nie mogę.”1

 

Daleko, daleko stąd, za górami, za lasami było Królestwo. W samym sercu tego Królestwa stał

pałac w którym mieszkali władcy owej krainy. Mieli oni dwóch synów: królewicza Wirgiliusza i

królewicza Filipa. Pałac ich otoczony był przecudnym ogrodem, a tak rozległym, że nawet sam

ogrodnik nie znał dobrze wszystkich jego zakamarków. Bezpośrednio do pałacu przylegał ogród

kwiatowy, którego najwspanialszą część stanowił Różany Labirynt. Rosły w nim wszystkie gatunki

i odmiany róż jakie tylko są na świecie, a wielbiciele tych kwiatów zjeżdżali się zewsząd, by je

podziwiać i wychwalać kunszt ich opiekuna – ogrodnika. Dalej rozpościerał się park z rozłożystymi

drzewami dębów, kasztanowców i lip. Były tam jeziora i strumienie, przytulne altanki, mostki i

wiaty, a jeszcze dalej zaczynał się las i właściwie nie wiadomo było czy stanowi on jeszcze część

zamkowego ogrodu czy już nie.

Mali królewicze uwielbiali swój ogród. Spędzali w nim wiele godzin spacerując, czytając książki w

cieniu wielkich drzew lub w ich konarach, łowiąc ryby, pływając na łódkach lub wpław. Jednak

najbardziej lubili bawić się w chowanego. Ta gra nigdy ich nie nudziła, gdyż trzeba było wykazać

się sprytem i przebiegłością wynajdując coraz to nowe kryjówki. Wirgiliusz, który był starszy,

zazwyczaj szybko znajdował Filipa. Ten zaś nie raz musiał się nieźle natrudzić nim znalazł

przyczajonego w swej kryjówce Wiga. Jednak pewnego dnia Wigo nie mógł znaleźć braciszka…

Przeszukał wszystkie kwietne zakątki, domki na drzewach i altanki. Nigdzie go jednak nie było.

- Ha, zgłodnieje to sam wyjdzie – pomyślał i poszedł do zamku na wieczerzę. Filip jednak, nie

zjawił się na wieczornym posiłku. Rodzice bardzo się tym zaniepokoili, jednak Wigo zapewnił ich,

że NA PEWNO znajdzie braciszka. Gdy Wirgiliusz wybiegł z sali jadalnej, poczuł jakieś dziwne i nieprzyjemne ukłucie w sercu, jednakże było ono zbyt małe i ulotne by myśl mogła się na nim

zatrzymać. Królewicz biegł co tchu – Stary Dąb, przystań na jeziorze, wiata mała, wiata duża,

Polana Niedźwiedzia, Zagajnik Na Rozstajach, Grota Wiatrów i znowu Różany Labirynt. – Gdzie

ten mały mógł się schować? – zastanawiał się Wigo. A może schował się w pałacu? O, tego nie

powinien był robić! Mieli umowę, że w zamku się nie chowają. Tam było zbyt wiele pomieszczeń:

różnego rodzaju komnaty (gabinety, saloniki, bawialnie, sale kominkowe), sale balowe i biesiadne,

pokoje służby, kuchnie, spiżarnie, korytarze, piwnice, kręte schody, wieże i wieżyczki…

Gdy Słońce zaczęło zniżać się ku horyzontowi Wigo był już bardzo zmęczony bezowocnymi

poszukiwaniami, ale chyba jeszcze bardziej przestraszony. Bał się też iść do rodziców, ale cóż było

robić? Przecież Filipek nie mógł zostać sam na dworze, zagubiony w chłodzie nocy. A może coś mu

się stało?

Tymczasem zarządzono poszukiwania. Szukano go całą noc i następny dzień, ale na próżno!

Małego królewicza nigdzie nie było. Trzeciego dnia Wigo siedział smutny i zasępiony na ławce

przy rabacie żonkili. Ich żółte główki, które nieraz tak bardzo cieszyły jego oczy, teraz wraz z nim

płakały ciężko pochylone ku ziemi. Nagle, tuż obok niego, na oparciu ławki przysiadła mała

sikoreczka. Modraszka trzymała w dzióbku duże czarne pióro. Patrzyła na Wirgiliusza chwilkę, a

potem upuściła pióro wprost na jego kolana i odleciała. Zadziwiony królewicz powoli podniósł

pióro. Jego czerń była taka głęboka… – To z pewnością pióro kruka – pomyślał. Zafascynowany

wpatrywał się w nie. Minuty niepostrzeżenie umykały. W pewnym momencie czyjś cień padł na

niego, gwałtownie wyrywając go z zadumy. Był to cień Leonorusa, nauczyciela królewiczów,

wielkiego mędrca i doradcy Króla. Leonorus był bardzo stary, chodził wsparty o sękaty kij, a biała

mleczna broda spływała mu na pierś. Twarz poorana była siecią drobnych zmarszczek, niczym

ziemia drogami i ścieżkami. Tylko oczy pozostały młode, ruchliwe i pełne blasku, a tak błękitne jak

pierwsze wiosenne fiołki.

– Skąd to masz? – zapytał Leonorus.

– Modraszka przed chwilą upuściła je tutaj – królewicz odpowiedział nieco speszonym głosem.

– Daj mi je – rozkazał nauczyciel, a Wirgiliusz posłusznie spełnił tę prośbę. Mędrzec podniósł je

do góry pod światło. Chwilę patrzył na nie w skupieniu.

– A teraz choć ze mną – powiedział. Kiedy znaleźli się w komnacie mędrca, na szczycie

najwyższej pałacowej wierzy, Leonorus starannie zamknął drzwi, a następnie usadził królewicza

przy stole.

– Posłuchaj chłopcze – rzekł mistrz. Przypatrz się temu pióru uważnie. To nie jest pióro zwykłego

kruka. To pióro WORONA. Złego czarnoksiężnika.

– Cóż to oznacza? – spytał królewicz. Leonorus chwilę milczał. Ważył słowa. W końcu powiedział

– Woron porwał Twojego braciszka królewicza Filipa.

Oszołomiony Wigo wpatrywał się w nauczyciela szeroko otwartymi oczyma niemogąc

zrozumieć jego słów. Czuł, jak zasycha mu w gardle. W końcu, z trudem przełykając ślinę

zapytał:

– Po co? Dlaczego?

– Woron porywa czasem młodych, szlachetnie urodzonych chłopców, aby znaleźć sobie następcę.

Powoli zatruwa ich serca, by stali się podobni do niego, źli i bezwzględni. Twój brat jest w

wielkim niebezpieczeństwie. Możesz go stracić bezpowrotnie i tyko ty możesz go uratować siłą

swojej braterskiej miłości.

– Co mam czynić? Zapytał Wirgiliusz.

– Za siedmioma rzekami, za siedmioma morzami, na szczycie najwyższej góry świata wznosi się

zamek Worona. Musisz go odnaleźć i być może… przyjdzie ci stoczyć z nim krwawy bój.

– Pociacham go na drobne kawałeczki! Zawołał z wielkim zapałem królewicz. Nauczyciel

popatrzył znad okularów na młodego ucznia z uwagą.

– Pamiętaj jednak, że jeśli będziesz miał możliwość okazania mu dobroci i łaski nie wahaj się!

Oszczędź go.

– Jak to? – wykrzyknął Wigo, czując jak narasta w nim bunt i złość. Mam okazać mu dobro

podczas gdy on wyrządził w świecie tyle zła? Porwał mojego ukochanego braciszka, zgubił tylu

niewinnych, a ty mówisz że mam go oszczędzić?!

– Cóż, każdy człowiek jest zagadką, nigdy nie poznasz drugiego do końca, czy możesz zatem

wydawać wyrok? Tylko Najwyższy, którego obraz (choć często wykrzywiony i zamazany)

nosimy, może sądzić, bo tylko On zna całą prawdę o człowieku. Obrona własna jest

koniecznością, ale zawsze, jeśli tylko możesz, kieruj się miłością. – Wigo spuścił głowę i słuchał

wpatrzony w ziemię. – Czy mnie rozumiesz? – zatroskanym głosem spytał nauczyciel, czując, że

być może zbytnio się uniósł.

– Tak – cicho powiedział królewicz.

Reszta nocy upłynęła im na studiowaniu map i gorączkowych przygotowaniach do drogi. Jeszcze

przed świtem Wigo osiodłał swego wiernego Kasztanka i pognał prosto na wschodni kraniec świata.

Rano król i królowa znaleźli w swojej sypialni taki oto list:

Kochani rodzice!

Wyruszyłem szukać mego braciszka. Wiem, że będziecie się martwić, a jednak proszę Was nie

denerwujcie się. Proszę Cię mamo nie płacz. Bóg da i wrócę, razem z Filipkiem szczęśliwie do

domu. Tylko się za nas módlcie.

Całuję i ściskam wasz Wirgiliusz.

P.S. Tato mam nadzieję, że rozumiesz – to mój obowiązek, nie mogłem postąpić inaczej.

Wigo nie napisał nic o Woronie, gdyż nie chciał dodatkowo zasmucać rodziców, jednak oni i tak

dowiedzieli się o wszystkim. Królowa, przez wiele dni płakała, a i król cierpiał ogromnie. Jednak na

dnie serca ciągle chowali nadzieję, że jeszcze kiedyś ujrzą swych synów i ta nadzieja

podtrzymywała ich przy życiu.

Tymczasem Wigo pędził przed siebie bez odpoczynku. Dopiero gdy nastała noc i na niebie

zakwitły pierwsze gwiazdy zatrzymał się. Nogi konia spętał rzemieniem, a sam rzucił się na ziemię

i zasnął twardym snem. Nazajutrz podjął dalszą podróż. Niebawem dotarł do pierwszej rzeki, jaką

przyszło mu pokonać. W jej zdradzieckich nurtach stracił sporo sił i prowiantu. Odtąd musiał

troszczyć się o pożywienie. Trzeciego dnia wieczorem, bardzo zmęczony i głodny zatrzymał się na

leśnej polance. Nieopodal, w gęstej trawie, spostrzegł gniazdo. Wspaniałe, duże jajka kusiły go.

Królewicz miał wielką ochotę, żeby wziąźć choć jedno i zjeść! Wtem na polanie zjawił się ogromny

ptak rajski. A tak piękny, pełen barw i blasku, że wokół niego było jasno jak przy stosie płonących

pochodni. Przemówił on do królewicza ludzkim głosem:

– Szlachetny młodzieńcze! Nie czyń krzywdy moim dzieciom, nie zjadaj ich. Połóż się spać

głodny, a odwdzięczę ci się gdy będziesz w potrzebie! Wystarczy tylko, że zawołasz: “Rajski

ptaku, rajski ptaku! Przybądź mi ku pomocy! Ocal jak i ja ocaliłem.”

Zadziwiony królewicz, zlitował się nad nie wyklutymi jeszcze pisklętami rajskiego ptaka i poszedł

spać głodny. Zasypiając zastanawiał się czy to możliwe by kiedykolwiek potrzebował pomocy ptaka

i jak taki ptak mógłby mu pomóc. Rankiem, tuż po przebudzeniu znalazł, koło siebie koszyk ze

świeżym chlebem, serem, miodem i mlekiem. Kiedy już solidnie się posilił ruszył w dalszą drogę.

Wirgiliusz wędrował nie oglądając się za siebie. Przewodnikiem były mu gwiazdy. Czasami,

wspominając rodziców, lub braciszka płakał. Często czuł się bardzo samotny i smutny. Wtedy też

jego konik Kasztanek przychodził i trącał go łbem lub lizał szorstkim językiem po policzku i to

dodawało mu otuchy.

Pewnego dnia stanął nad brzegiem wielkiej rzeki. Musiał poszukać brodu, czyli dogodnego i

płytkiego miejsca, aby bezpiecznie przeprawić się na drugą stronę. Posuwał się wzdłuż brzegu na

północ, jednak wiedział już, że tego dnia będzie nocował na lewym brzegu. Puścił więc Kasztanka

luzem, by się pasł na świeżej trawie, a sam sporządziwszy prostą wędkę postanowił spróbować

szczęścia i złowić jakąś rybkę na kolację. Po paru godzinach, kiedy już miał zrezygnować nagle

spławik poruszył się nieznacznie. Wigo wstrzymał oddech. Jeszcze kilka drgnień …i jest! Na końcu

żyłki szamotała się mała rybka. Królewicz wyciągnął ją bez entuzjazmu i sam nie wiedząc jeszcze

co z nią zrobi, zdjął ją z haczyka. Wtedy rybka przemówiła ludzkim głosem:

– Ach, szlachetny młodzieńcze! Wypuść mnie proszę, połóż się spać głodny, a ja ci się odwdzięczę

gdy będziesz w potrzebie. – Wirgiliusz uśmiechnął się.

– Jakżeż ty, mała rybko mogłabyś mi się odwdzięczyć? – spytał królewicz. Płyń sobie spokojnie – i

z tymi słowy puścił rybkę z powrotem w bystry nurt rzeczny.

– Odwdzięczę się – zawołała rybka. Wystarczy tylko, że zawołasz “Rybko rzeczna, rybko morska

przybądź mi ku pomocy. Ocal jak i ja ocaliłem.”

Tego wieczoru nie miał już niczego w ustach i z zazdrością patrzył na okrągłe boki Kasztanka.

“Jaka szkoda, że nie mogę jeść trawy” – to była jego ostatnia myśl tego wieczoru.

Rano spostrzegł u swego boku talerz z wędzoną rybą, chleb i sól. Radość jego była ogromna. Od

razu też znalazł w sobie nowe siły i zapał by podążać w wyznaczonym kierunku.

Pory roku zmieniały się, a wraz z nimi i pogoda. Kiedy wyruszał z zamku była pełnia lata. Teraz

kończyła się jesień. Noce były chłodne i coraz częściej dął przenikliwy zimny wiatr. Nagie drzewa

nie dawały schronienia. Na dodatek jechał teraz przez niekończące się wrzosowiska. Piękny Różany

Labirynt i ciepło tamtych dni wydawały mu się już tylko fantastycznym snem z dzieciństwa. Trudy

podróży zmieniały Wirgiliusza. Nie był on już tym samym pyzatym chłopcem, który bawił się w

chowanego i łaził po drzewach. Urósł i zmężniał. Jago dłonie na początku otarte i pełne bąbli od

trzymania wodzy pokryły się teraz mocną i twardą skórą. Nauczył się też radzić w trudnych

sytuacjach i samodzielnie podejmować decyzje. Duch jego był coraz silniejszy, a jednocześnie

wsłuchany w otaczający go świat. Aby przeżyć musiał nauczyć się odczytywać znaki przyrody.

Pewnej nocy, kiedy siedział skulony pod kocem i wpatrywał się w żar dogasającego ogniska, a

rubinowo migoczące węgliki wykonywały swój szalony, dziki taniec dla srebrnych i dalekich

gwiazd, które jednak nie zwracały najmniejszej uwagi na swych małych kuzynów w jego sercu

narodziła się pieśń:

Bezdomnym wędrowcem pod nieba bezkresem,

Samotnym w zadumie nocy jestem.

Stopy depczą gościńca szlak,

Za mną kurz minionych dni.

Daleko w domu pozostały ukochane twarze,

I o schronieniu ciepłym już nie marzę.

Lecz póki w sercu nadzieja się tli,

Póki wiara trwa w sens,

Idę dalej, idę dalej, aż po horyzontu kres.

O drogę pytać nie muszę przewodniczek gwiazd,

Serce drogę mi wskazuje.

Rumak rączy mknie w dal,

Wiatr niesie moją pieśń,

I wolność rozdziera mi pierś.

I tylko czasem łza zakręci się,

Wraz z nią, na ziemię, spadają moje sny.

U progu zimy wjechał Wirgiliusz w skaliste góry. Groźne szczyty piętrzyły się po obu jego

stronach. Kotlina, którą podążał była wąska i długa i stopniowo wznosiła się ku górze. Królewicz

zastanawiał się co będzie jeśli Kasztanek nie będzie mógł się przedostać dalej. Na razie jednak

postanowił utrzymać konia przy sobie najdłużej jak to się tylko da. Po kilku dniach mozolnego

podejścia stanęli pod skalną ścianą. Ścieżka pięła się wprawdzie dalej, jednak nie było mowy o tym,

by Kasztanek mógł podążać dalej ze swym panem. Królewicz zdjął uzdę i siodło. Ujął dobry i

kochany łeb konika w obie ręce.

- Dziękuję Ci Kasztanku. Szeptał ze łzami w oczach. – Dziękuję, a teraz wracaj do domu. Konik

jakby w odpowiedzi cicho zarżał. Wirgiliusz odwrócił się i najszybciej jak to potrafił zaczął

wspinać sie po skalnej ścianie, byle tylko się nie oglądać, byle nie patrzeć na ukochanego konia,

który niespokojnie kręcił się i stawał dęba. Płacz ściskał mu gardło. W końcu przemoczony do

suchej nitki od potu i mgły zatrzymał się na jakiejś skalnej półce. Ciężko osunął się na ziemię.

Wydawało mu się, że dotarł do kresu, że już gorzej być nie może. Nie wiedział dokładnie ile czasu

spędził przytulony do skalnej ściany, czy było to kilka minut, czy kilka godzin? Po pewnym czasie,

spostrzegł, że zaczyna się ściemniać. Był jednak tak zziębnięty, że z trudem rozprostowywał palce.

Dreszcze przebiegały mu po plecach. Rozgrzane wspinaczką mięśnie teraz schłodziły się i

stwardniały. Każdy ruch sprawiał mu ból, wiedział jednak, że musi się ruszyć, bo inaczej zginie.

Nagle jego uwagę zwrócił cichy dźwięk, przypominał on płacz małego dziecka. Z pewnym

wysiłkiem przesuną się w stronę skąd dochodził odgłos. Niedaleko od siebie zobaczył małą kozicę,

której nóżka uwięzła w skalnym załomie. Królewicz pomyślał, że najlepiej byłoby ją upolować.

Jedzenie, skóra i jej ciepłe futro, wszystko to było by dla niego niezwykle cennym nabytkiem.

Zbliżał się ostrożnie, jego ręka powoli sięgała do krótkiego noża zawieszonego u pasa. Kózka

zerkała na niego niespokojnie, gdy wtem między nich wskoczyła wspaniała i dorodna kozica.

Spojrzała ona królewiczowi głęboko w oczy i rzekła ludzkim głosem:

– Proszę cię dobry człowieku, nie czyń mojemu dziecku krzywdy, uwolnij je z potrzasku, a

odwdzięczę ci się gdy będziesz w potrzebie. Wystarczy, że zawołasz: “Kozico, kozico skalny

biegaczu, przybądź mi ku pomocy. Ocal jak i ja ocaliłem”.

Królewicz spełnił prośbę i uwolnił małą kozicę. Zwierzęta odbiegły, a on pozostał. Zewsząd otulała

go gęsta mgła. Zamkną oczy i uśmiechną się szeroko – przed nim jaśniała łagodna twarz matki.

Kiedy się ocknął leżał na pryczy w małej drewnianej chacie. Ogień wesoło trzaskał na kominku.

Kociołek parował, a w powietrzu unosiła się miła woń jakiejś potrawy. Wtem do chaty wszedł

wysoki i mocno zbudowany mężczyzna. Gęsta, twarda niczym szczecina broda, i czupryna czarnych

jak noc włosów, okalała dziką, wysmaganą wiatrem twarz.

– Zbudziłeś się wreszcie – rzekł. Spałeś prawie całą dobę. Masz napij się – to mówiąc, podał

królewiczowi dymiący kubek. Wirgiliusz uniósł się lekko na łokciu i z wdzięcznością przyjął

napój. Pił chciwie. Był spragniony i głodny. Czuł jak rozkoszne ciepło rozchodzi się po całym

ciele. Gdy wypił wszystko, powiedział:

– Dziękuję.

Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.

– Jestem Jan. A ty jak się nazywasz?

– Wigo. Uratowałeś mnie. Dziękuję.

– No cóż, z pewnością już byś nie żył. W nocy temperatura bardzo spada. Masz szczęście, że cię

spostrzegłem. Jak to się stało, że wybrałeś się w góry o tej porze roku? Na dodatek nie masz ani

ciepłych ubrań, ani prowiantu…

Wigo ciężko opadł na poduszkę. Wzrok utkwił w suficie.

– To długa historia.

– Mamy czas. Opowiadaj. – Królewicz westchnął i zaczął snuć swą opowieść. Kiedy skończył Jan

długo milczał, po czym rzekł:

– Jesteś bardzo dzielnym młodzieńcem.

– I bardzo nieszczęśliwym, tak się boję, że nie odnajdę Filipa. Boję się, że nie starczy mi sił by o

niego zawalczyć. Martwię się o moich rodziców, wiem, że cierpią. Tak bardzo chciałbym ich

znowu zobaczyć! Czasami, kiedy o tym wszystkim myślę to łapie mnie tak wielki strach, że nie

mogę oddychać… Czuję się taki mały i bezradny.

Królewiczowi załamał się głos. Każdy z nas ma w swoim życiu takie chwile. Mimo, że staramy się

być bardzo dzielni, przychodzi moment, że już dłużej nie możemy i wtedy gorycz wylewa się ze

zbolałego serca strumieniem łez. Wirgiliusz pokonał tak wiele trudów, zabrnął tak daleko, a jednak

teraz leżąc w chacie Jana, całkiem opadł z sił. Jednak łzy, tak jak wiosenny deszcz, oczyszczają

serce i umysł. Trzeba tylko aby był przy tobie ten drugi, który w milczeniu wysłucha i zwyczajnie

przytuli. Jan okazał się być takim dobrym człowiekiem. Poklepał Wirgiliusza po ramieniu, a potem

powiedział:

– Odpoczniesz tu u mnie kilka dni, nabierzesz sił, a potem ruszamy w drogę.

Królewicz popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem. – Przeprowadzę cię przez góry, zanim spadnie

pierwszy śnieg. – I to były najlepsze słowa jakie Wigo mógł usłyszeć. Wlały w jego serce nową

nadzieję i dodały otuchy.

Chwile spędzone z Janem w samotnej górskiej chacie wspominał Wirgiliusz do końca życia jako

najmilsze chwile wyprawy i jedne z najpiękniejszych w jego życiu.

W końcu nadszedł dzień, kiedy trzeba było ruszyć dalej. Wigo dostał od Jana nowe, solidne buty w

których o wiele lepiej przemierzało się skaliste ścieżki. Jan znał góry wyśmienicie, nie raz i nie dwa

przemierzył je wzdłuż i wszerz, wypasając stada owiec. Wędrowali już dwa tygodnie gdy pogoda

zaczęła się gwałtownie zmieniać. Wigo prosił Jana by zostawił go i wracał czym prędzej do chaty.

Jednak przyjaciel zapewnił go, że nawet przy złych warunkach poradzi sobie, w końcu góry to jego

dom, tu się urodził i tu spędził całe życie. W końcu stanęli na szczycie ostatniej góry. Przed nimi

rozpościerała się bezkresna równina. W milczeniu uściskali się. Jedno głębokie spojrzenie

wystarczyło im za wszystkie słowa. Tak, na pewno wszystko będzie dobrze i na pewno kiedyś się

jeszcze zobaczą.

Królewicz podążył dalej ścieżką wyznaczoną mu przez opatrzność, a Jan powrócił do swej samotni.

Wirgiliusz wędrował jeszcze wiele miesięcy. Przemierzył krainę jezior, pokonał siedem gór i rzek,

przepłynął sześć mórz. Kiedy dotarł do ostatniego Morza Ogromnego usiadł na jego brzegu

przygnębiony. Jak zdoła je przepłynąć? Znowu czuł się zagubiony i samotny. – Ach, gdybym tak był

rybą, – westchnął. I zaraz przypomniał sobie jak kiedyś, dawno, dawno temu, na początku swej

podróży złowił pewną małą rybkę, którą wypuścił z powrotem do wody. Rybka obiecała mu się

odwdzięczyć gdy będzie w potrzebie. Wirgiliusz postanowił sprawdzić prawdziwość jej słów. Wstał

i mocnym głosem zawołał: “Rybko rzeczna, rybko morska przybądź mi ku pomocy. Ocal jak i ja

ocaliłem.” Królewicz zamarł w oczekiwaniu. Jednak nic się nie wydarzało. Leniwy szum morza

tylko od czasu do czasu przerywał piskliwy krzyk mew. Królewicz czekał długo, bardzo długo i

kiedy zniechęcony już miał odejść na horyzoncie pojawił się jakiś czarny punkt, który stopniowo

rósł i rósł. W końcu królewicz zorientował się, że jest to gigantyczna ryba, a raczej RYBA. Kiedy

była już tak blisko, że jej brzuch osiadał na mieliźnie wytknęła z wody łeb i powiedziała:

– Wzywałeś mnie i oto jestem do twych usług. Przepraszam, że tak długo to trwało, ale akurat

przebywałam na drugim krańcu oceanu. – Królewicz, który nie mógł uwierzyć własnym oczom

(RYBA BYŁA WIELKOŚCI MAŁEJ WYSPY) odrzekł:

– Nic nie szkodzi. Czy możesz mnie przewieść na wyspę gdzie wznosi się zamek Worona?

– A czy jesteś pewien, że chcesz tam się znaleźć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie RYBA.

– Tak, taki jest cel mojej podróży. – odparł Wigo.

– Zatem wdrap się na mój grzbiet. Popłyniemy na wschodni kraniec świata, gdzie się woda robi

czarna, gdzie się wznosi Góra gór, której szczyt wieczna mgła spowija.

Dziwna to była podróż. Królewicz wczepiał się w śliskie łuski RYBY ze wszystkich sił, a i tak raz,

gdy zasnął prawie spadł w morskie głębiny. W dzień musiał cierpieć żar słońca, w nocy chłód i

wilgoć. W końcu bohater ujrzał szary ląd. Góra gór wyłaniała się z morza raptownie i stromo.

Przypominała ogromną kolumnę lub nogę słonia… Wody wokół niej były rzeczywiście czarne, tak

jakby światło słoneczne nie miało do nich nigdy przystępu i lodowate, tak, że mroziły nie tylko

ciało, ale i serce. Podpłynęli do brzegu, a RYBA utworzyła ze swego ogona most po którym

królewicz mógł bezpiecznie przejść na ląd.

– Dziękuję Ci – rzekł Wigo.

– Nie ma za co, byłam Ci to winna – odpowiedziała RYBA. – A teraz żegnaj, nawet ja nie mogę

przebywać w czarnych wodach zbyt długo. To mówiąc machnęła ogonem i odpłynęła. Po kilku

chwilach była już tylko małym czarnym punkcikiem na tle wielkiego błękitu.

Wigo powoli odwrócił się. Przed nim piętrzyła się Góra gór. Kilka metrów nad nim, tam gdzie nie

docierały już fale rozszalałego oceanu zaczynał się smrekowy las. Co było wyżej królewicz nie był

w stanie dostrzec, gdyż wszystko spowijała gęsta zasłona ołowianych chmur.

Posiliwszy się nieco zaczął się wspinać. Posuwał się naprzód bardzo powoli. Zbocze było strome i

wilgotne. Pod grubą warstwą igliwia znajdowała się glina, co i raz zsuwał się po parę metrów w dół,

w skutek czego już po półgodzinie był niezwykle umorusany. Na dodatek gładkie pnie też były

śliskie i nie dawały żadnego oparcia. W końcu królewicz znużony mozolną wędrówką usiadł pod

drzewem. Z tobołka wyją rzemień i przywiązał się mocno do pnia, aby w nocy się nie zsunąć.

Zapadł w krótki i niespokojny sen. Śnił mu się Filip, którego połknęła Wielka Ryba, a potem Jan

który niósł w białej szacie złote jabłko, a jeszcze później Leonorus, tylko jakiś taki inny – smutny.

Obudził się zmęczony, na dodatek noga okropnie mu ścierpła i w ogóle nie mógł nią poruszyć.

Nadal było ciemno. Po chwili Wirgiliusz próbował wspinać się dalej. Po paru dobrych godzinach

zorientował się, że mrok, który spowija Górę to nie jest mrok nocy… To serce Worona emanowało

tak wielką nienawiśćą, że spowijała ona wszystko wokół. Królewicz gdy to zrozumiał zadrżał.

Zdjęła go trwoga. Padł na kolana i po raz pierwszy od wielu dni zaczął się modlić.

– Panie zaszedłem tak daleko… A teraz serce me trwoży się i lęka. Sam nie dam rady. Ogarnęły

mnie ciemności. Panie nie zostawiaj mnie! Usłysz moje wołanie. Panie, Panie, Panie. Jeśli taka

twoja wola niech zginę… Jeśli chcesz pozwól bym ocalił Filipa. Tylko proszę bądź przy mnie.

I chociaż wokół niego nie zrobiło się jaśniej, słońce nie wyskoczyło nagle zza chmur, to w jego

duszy otworzyła się przestrzeń wolna od lęku, przestrzeń wypełniona nadzieją i wiarą. Zaraz też

zobaczył, że las rzednie. Kiedy doszedł do ostatnich drzew i zobaczył nad sobą piętrzące się groźnie

granity, znów zadrżał. I wtedy przypomniał sobie o kozicy którą niegdyś oszczędził. Wypowiedział

przywołujące słowa: “Kozico, kozico, skalny biegaczu, przybądź mi ku pomocy. Ocal jak i ja

ocaliłem.” Po paru sekundach usłyszał stukot twardych kopyt i przed nim stanęła okazała kozica.

Szlachetne zwierzę przemówiło ludzkim głosem:

– Witaj, wzywałeś mnie i oto jestem. Co mogę dla ciebie uczynić? – jej głos podobny był do głosu

osuwających się kamieni.

– Czy możesz zabrać mnie na czubek tej góry? – zapytał.

– Oczywiście, proszę wsiądź na mój grzbiet – to mówiąc kozica przyklękła na jedno kolano.

Wirgiliusz delikatnie usiadł i ujął zwierze za rogi. Kozica wstała i pomknęła przed siebie, prosto w

górę. Z lekkością przeskakiwała rozpadliny, piargi nie były dla niej groźne, kopyta nie zsuwały się

ze stromych zboczy. Jednak i ona w końcu się zmęczyła. Po krótkiej drzemce ruszyli dalej.

Powietrze stało się teraz ostra i nieprzyjemne, tak, że oddychanie sprawiało ból. I w końcu ich

oczom ukazał się zamek Worona. Wykuty z czarnego, błyszczącego kamienia wisiał nad światem

niczym burzowa chmura. Kozica zatrzymała się u stóp wielkich wrót.

– Tu się pożegnamy – rzekła.

– Dziękuję ci serdecznie – odpowiedział, zsiadając, królewicz.

– Powodzenia. Mam nadzieję, że ci się uda uwolnić brata – to powiedziawszy, skłoniła lekko łeb i

znikła.

Tak, za tymi wrotami jest Filip. – Pomyślał Wirgiliusz. Serce zaczęło mu bić gwałtownie.

Nareszcie, po tak długiej drodze dotarł do celu swej podróży. Drżącą z podniecenia ręką dotknął

wielkich, okutych żelazem wrót. Ustąpiły zaskakująco lekko i bezszelestnie. Wszedł niepewnie do

wielkiego holu. Na wprost drzwi znajdowały się szerokie schody. Wigo postanowił nimi podążyć.

W końcu dotarł do ogromnej sali, pośrodku znajdował się stół z marmurową szachownicą i dwa

marmurowe krzesła: białe i czarne. Wirgiliusz podszedł do szachownicy. Przyjrzał się pionkom

uważnie. Każda figura była zupełnie inna. Postacie wyrzeźbione niezwykle realistycznie wyglądały

jak gdyby zastygły nagle, w przerażeniu. Jedna z nich wyglądała nawet jak ktoś znajomy, kogo

twarz królewicz widział dawno temu. Ale kto to był, tego nie mógł sobie w ogóle przypomnieć.

Wtem usłyszał za sobą nieprzyjemny, lodowaty jak podmuch wiatru głos.

– Witam, królewicza.

Wirgiliuszowi przebiegł po plecach zimny dreszcz. W tym momencie uświadomił sobie, że nie

ma żadnego planu w głowie. Oczywiście, nie raz wyobrażał sobie spotkanie z Woronem, ale

teraz w realnym spotkaniu miał w głowie zupełną pustkę. Powoli obrócił się. Zobaczył przed

sobą wysokiego mężczyznę – starca, którego jednak postura była mocna i krzepka. Czarne jak

heban włosy spływały mu miękko na plecy. Odziany w powłóczystą szatę stał wspierając się na

sękatej lasce. Wpatrywał się w królewicza z drwiącym uśmiechem. Wigo w odpowiedzi na

powitanie skinął głową. Może, nie było to bardzo grzeczne, ale zaschło mu w gardle i nie mógł

wydobyć z siebie w tej chwili ani słowa.

- Czekałem na ciebie – kontynuował czarnoksiężnik. – Prawdę mówiąc zaczynałem tracić

nadzieję, że w ogóle uda ci się dotrzeć pod mój skromny dach. O ile się nie mylę przybyłeś

uwolnić swego brata. Czy tak?

– Tak – lekko dosłyszalnym głosem odpowiedział Wirgiliusz.

– Jesteś bardzo dzielnym młodzieńcem. A ja bardzo sobie cenię dzielnych młodzieńców – Woron

zaśmiał się lekko. Dlatego też nie zabiję cię od razu. Dam ci szansę… jeśli można tak

powiedzieć. Jeśli przejdziesz pomyślnie przez trzy próby wrócisz do domu ze swym bratem. Jeśli

nie – czarnoksiężnik zawiesił głos – czeka was śmierć. Czy przystajesz na te warunki?

– Tak – po raz wtóry rzekł Wirgiliusz.

– Oto pierwsze zadanie – Woron wskazał na marmurową szachownicę. Jeśli przegrasz, staniesz się jedną z figur. Ty zaczynasz.

Wirgiliusz zasiadł zatem w białym krześle. Nigdy nie był zbyt dobrym graczem. Smutno zrobiło mu

się na myśl, że wszystko może skończyć się tak szybko. Naraz jednak wydało mu się, że spostrzegł

za krzesłem Worona białą postać. “Nie, to nie możliwe”.- Królewicz potrząsnął głową, jakby chciał

obudzić się z jakiegoś snu. A jednak, była to prawda. Za krzesłem czarnoksiężnika stał Anioł Stróż

królewicza. Uśmiechnął się do niego szeroko. Królewicz pomyślał: “Jeśli jest tu mój Anioł, to nie

może mi się stać nic złego”. Gra się rozpoczęła. I tak się zdarzyło, że jakimś cudem królewicz

wygrał. Woron był wyraźnie zdumiony i wściekły. Jeszcze nigdy nie przegrał, a jego przeciwnicy

niezmiennie, od lat, powiększali grono kamiennych pionków. Nie dał jednak tego po sobie poznać.

Zaczął klaskać w dłonie:

– Brawo, brawo. Proszę jak nasz królewicz się popisał. Teraz druga próba, że tak to ujmę próba

męstwa i wiary. Czy jesteś gotowy? – Wirgiliusz skłonił się głęboko i powiedział:

– Jestem, do usług.

– Doskonale, zatem chodź za mną.

Szli dość długo, krętymi schodami, aż w końcu wyszli na niewielki taras zawieszony wysoko nad

światem.

– Czy widzisz tę wieżę? – zapytał Woron wskazując laską przed siebie. Jakieś pięćdziesiąt metrów

dalej majaczyła sylwetka wieżyczki, która wyrastała z osobnej części zamczyska.

– Tak – ostrożnie powiedział królewicz.

– Otóż tam właśnie znajduje się twój brat Filip. Możesz się tam przedostać po moście który masz

przed sobą.

– Nie widzę żadnego mostu – rzekł królewicz.

– Czyżby? A tak, zapomniałem, dodać, że to NIEWIDZIALNY most. Oczywiście możesz zawsze

zrezygnować, zawrócić. Czy na prawdę chcesz się aż tak narażać?

– Podejmę próbę.

Wirgiliuszowi serce waliło z całych sił. Jakby wbrew woli jego umysł liczył ile czasu będzie

spadał nim roztrzaska się o przybrzeżne skały. Kilka godzin? A może nawet całą dobę? Zaraz

jednak przypomniał sobie twarz Filipa, taką dobrą i kochaną. Czy może go opuścić? Nie nigdy!

Zamknął oczy, a potem skoczył przed siebie, prosto w przepaść. O dziwo wylądował twardo na

niewidzialnym moście. Czuł jak wiatr huśta delikatną konstrukcją. Jedną ręką wymacał w

powietrzu, tuż nad głową, sznurową linkę. Złapał ją mocno i wstał. Posuwał się ostrożnie na

przód. Kiedy był już w połowie, nadleciały trzy sępy. Zaczęły go atakować i złowieszczo

skrzeczeć. Jednak królewicz nie uląkł się ich. Zaczął szeptać słowa modlitwy, zaraz też zjawił się

przy nim Anioł z mieczem i odgonił ptaszyska, a Wirgiliusz bezpiecznie przeszedł na drugą

stronę. Woron nie posiadał się ze złości, lecz i tym razem utrzymał swój gniew na wodzy.

Znaleźli się w komnacie wypełnionej przeróżnymi posągami. Wirgiliusz zapytał:

– Gdzie jest mój brat? Powiedziałeś, że znajduje się w tej wieży.

– I tak jest istotnie – rzekł Woron. To właśnie jest trzecie zadanie. Musisz go sam rozpoznać. Masz

czas do wieczora. To rzekłszy wyszedł pozostawiając zdumionego królewicza samotnie.

Wigo obchodził po kolei wszystkie posągi. Były tam centaury, trolle, karły, różne zwierzęta małe i

duże, mężczyźni i kobiety, ale żadnego chłopca chociażby lekko przypominającego Filipa.

Wirgiliusz usiadł na kamiennej posadzce i gorzko zapłakał. Wtem usłyszał daleki głos swego

nauczyciela Leonorusa, który mówił mu jeszcze nim wyruszył w drogę: “jeśli możesz kieruj się

miłością”.

– Miłością, miłością? – no tak, oczywiście!

Wirgiliusz poderwał się na równe nogi. Zaczął podchodzić do każdego posągu po kolei i

przykładać ucho do ich piersi. Słońce zaczęło właśnie zachodzić, do komnaty wszedł Woron z

triumfalnym uśmiechem na twarzy. W tym momencie Wigo przyłożył ucho do piersi

szkaradnego trolla. Wydało mu się, że w końcu usłyszał to czego tak długo szukał – delikatne

bicie serca. Jednak nie był pewny, tak bardzo chciał je usłyszeć…, a może tylko mu się zdawało?

– I co? – zapytał z udawaną życzliwością Woron. Nie udało się, jak mi przykrrro… Wirgiliusz

postanowił zaryzykować. Nie miał już nic do stracenia.

– To jest mój brat – i wskazał ręką na stojącą obok maszkarę.

W tym momencie ostatni promień słońca zaszedł, a kamienna figura zaczęła pękać. I oto w środku

był jego braciszek. Cały i zdrowy! Bracia wzruszeni padli sobie w objęcia. Woron zaś wydał z

siebie straszliwy ryk i rzucił się na nich. Rozgorzała walka. Woron był silniejszy i miał więcej

doświadczenia, jednak Wigo był przepełniony szczęściem i radością której nic nie mogło pokonać.

Przyparł czarnoksiężnika do muru, a ostrze jego miecza powędrowało do gardła złego Worona. W

tym momencie ich spojrzenia spotkały się. Wigo zadrżał, te oczy, wszakże to oczy Leonorusa!

Wigo wyszeptał imię nauczyciela. I kiedy Woron je usłyszał nagle w jego oczach pojawiły się łzy.

Wigo nie spodziewał sie czegoś podobnego. Odrzucił miecz.

– Leonorus, mój brat… – cicho rzekł Woron. To powiedziawszy rzucił się przez okienny otwór.

Wigo i Filip przypadli do okna – Woron przemienił się w kruka i z żałosnym krakaniem znikał

we mgle. Jego potęga została złamana. Jednak, królewicze nie mogli trwać długo w zadumie, bo

w tej chwili zamek zaczął się trząść w posadach.

– Zaraz wszystko się zawali! – krzyknął Filip. Uciekajmy! Wirgiliusz zaś zawołał:

– Rajski ptaku, rajski ptaku! Przybądź mi ku pomocy! Ocal jak i ja ocaliłem!

Zaraz też nadleciał olbrzymi ptak rajski. Królewicze nie tracąc chwili wskoczyli na jego grzbiet, a on uniósł ich w powietrze. Za nimi ze straszliwym łomotem załamywała się Góra gór. Z daleka

widzieli jak wielkie głazy wpadają do morza, wkrótce po siedzibie czarnoksiężnika nie pozostało

nawet śladu. Bracia zaś bezpiecznie szybowali ku rodzinnemu domowi. Wirgiliusz myślał o

Woronie i Leonorusie. Filip rozkoszował się wolnością.

Kiedy dotarli do domu było wiele radości i wesela, a król jak to bywa w takich wypadkach kazał

urządzić wielką ucztę na cześć swych synów i z okazji szczęśliwego zakończenia wszystkich

niebezpiecznych przygód.