Baśń o trzech mędrcach ze wschodu

Wysoko na szczycie wieży wiał przenikliwy, zimny wiatr. Jednak starzec, który pochylał się nad

teleskopem, nie czuł chłodu. Zaintrygowany co chwila odrywał wzrok od okularu i coś notował,

kreślił cyrklem… W końcu usiadł w wysokim krześle. Zamyślił się głęboko. “To doprawdy

niezwykłe, niezwykłe. Jestem już dość stary, aby niczemu się nie dziwić, a jednak ta nowa Gwiazda

pojawiła się tak nagle. Czyżbym coś przeoczył…? Nie, to jednak jest zbyt niezwykłe. To musi być

jakiś znak. Tak, powinienem udać się do biblioteki…” Kacper, bo tak na imię miał ów starzec, był

człowiekiem wielkiej wiedzy i mądrości. Przeczytał wiele ksiąg, potrafił leczyć rozmaite choroby,

przewidywać pogodę, czytać w gwiazdach, potrafił też wiele innych rzeczy, o których jednak nie

będziemy teraz mówić. Dość powiedzieć, że był on głównym doradcą cesarza i miał na niego

ogromny wpływ.

Po kilku godzinach starzec szedł do władcy ściskając w dłoni stary zwój pergaminu. Wszedłszy do

komnaty głęboko pokłonił się cesarzowi.

– Miłościwy Panie – odezwał się starzec. – Przynoszę Ci niezwykłe wieści. Oto pojawiła się na

firmamencie nowa Gwiazda. Przypuszczam, iż jest to Gwiazda, o której mówią stare

przepowiednie: “wschodzi Gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło” ! – Cesarz chwilę

milczał, po czym zapytał:

– Jakie to jednak może mieć znaczenie dla mnie lub dla mojego cesarstwa?

– Proroctwo mówi o narodzinach Króla Królów. O Bogu, który ma zstąpić na ziemię. Uważam, że

powinniśmy udać się tam gdzie wskaże Gwiazda i oddać mu pokłon.

– Słyszałem o tym plemieniu Izraela… Czyż z tak małego i nic nieznaczącego plemienia może

narodzić się tak wielki władca? I czyż ja, WSZECHMOCNY CESARZ, mam oddać pokłon

jakiemuś dziecku? Wiesz, że Cię cenię Kacprze, ale tym razem wymagasz ode mnie za dużo.

– W takim razie pokornie proszę o zwolnienie mnie z pełnionych obowiązków i o pozwolenie na

wyprawę.

Tego cesarz się nie spodziewał. Uważnie spojrzał na Kacpra.

– Chcesz zrezygnować ze stanowiska mojego doradcy?! Za tę zniewagę powinienem kazać cię

wychłostać!

Cesarz kipiał gniewem … – To jednak nie do pojęcia. Chcesz zostawić wszystkie swoje

majętności? Wyruszyć w daleką i niepewną podróż z powodu jakiejś gwiazdy i kilku starych,

przeżartych przez mole zwojów pergaminu?

– Tak – cichym, choć zdecydowanym głosem odrzekł starzec.

– W twoim wieku pewnie nie wrócisz tu żywy, i w ogóle wątpię, czy przy twoim stanie zdrowia

zajedziesz daleko! Proszę cię, przez wzgląd na twe wielkie zasługi, abyś jeszcze rozważył tę

decyzję.

– Dziękuję, nie trzeba. Jestem zdecydowany.

– Zatem kiedy chcesz wyruszyć?

– Jak najszybciej. Jeszcze przed pełnią księżyca. Potem zmienią się wiatry i nie będę mógł

wypłynąć z portu.

Kacper po wyjściu z komnaty cesarza czuł się niezwykle zadowolony. Idąc ku nabrzeżu

rozmyślał: Jeśli to nienarodzone dziecię już wywołuje tyle emocji, jeśli pycha i gniew już teraz

przeciw niemu powstają, to czy nie jest to dowodem Jego mocy? Trzeba śpieszyć ku niemu,

jednak przed Królem nie godzi się stanąć z pustymi rękoma. MIRRA – oto podarunek godny

Króla.

W tym samym czasie, lecz w zupełnie innym miejscu, pewien mędrzec obudził się w środku nocy. Był to Melchior. Miał on dziwny sen: Oto uboga niewiasta porodziła syna. Dzieciątko jaśniało

niezwykłym blaskiem, a wokół niego były zgromadzone całe zastępy duchów niebieskich. We śnie ukazał się mu też przepyszny orszak, pełen dostojników ze wszystkich stron świata. A zmierzał on

właśnie ku Dzieciątku, aby oddać mu cześć i chwałę. Co też ten sen mógł oznaczać? Melchior nie mógł już tej nocy zasnąć, cały czas miał przed oczyma jaśniejącą twarzyczkę Dzieciątka.

Wczesnym rankiem udał się na zamek, by zasięgnąć rady. Jego przybycie wywołało wielkie

poruszenie. Melchior był starszym bratem władcy owej leśnej krainy i prawowitym jej królem,

jednakże zrzekł się tronu na rzecz młodszego brata wiele lat temu, gdyż ponad chwałę korony i

bogactwa przedłożył modlitwę i wyciszenie. Prowadził niezwykle surowy tryb życia. Ciągłym

postem i umartwieniem, dyscypliną i kontemplacją doprowadził swe ciało do niezwykłej giętkości i mocy. Duch jego był tak silny, że potrafił oddalić wszelkie pokusy, a nawet rozkazywać

przedmiotom, aby wedle jego woli się poruszały. Żył samotnie, z dala od wszelkich osiedli

ludzkich, w górskiej grocie. Odkąd zrzekł się korony, był na zamku tylko raz, gdy zmarła królowa

matka. Toteż jego przybycie odczytano jako zapowiedź czegoś niezwykłego. Zwołano radę

królewską, na której Melchior opowiedział swój sen. Kiedy skończył swą mowę wstał, jeden z

sędziwych mędrców i rzekł:

– Świątobliwy Melchiorze, oto przynosisz nam rozwiązanie zagadki, która męczyła nas od paru

tygodni! Niedawno w znaku Ryby pojawiła się nowa Gwiazda. Do tej pory nie znaliśmy jej

pochodzenia, teraz jestem pewny, że to Gwiazda tego Dziecięcia, które przyśniło ci się w nocy.

– Musi to być wielki władca i prorok – głośno wypowiedział swe myśli brat Melchiora

Melchizedek. Na to zabrał głos czcigodny Agatos:

– Więcej jeszcze, niż władca i prorok. Gwiazda z pewnością zwiastuje narodziny Boga. Czyż nie

pamiętacie starożytnych słów proroka: “A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion

judzkich! Z ciebie wyjdzie dla mnie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od

początku, od dni wieczności”.

– Cóż zatem wypada nam czynić? – zapytał Melchior.

– Trzeba niezwłocznie podążyć za Gwiazdą, tak aby zdążyć na dzień Jego narodzin. Droga daleka,

nie zostało już wiele czasu.

– Czcigodny bracie, czy pójdziesz ze mną? – ponownie zapytał Melchior.

– Wiesz, że serce moje tego pragnie – odpowiedział Melchizedek. – Jednakże nie mam komu

powierzyć opieki nad państwem. Czasy są niespokojne, dzikie plemiona z północy nieustannie

nękają nasze granice, lud nie może zostać sam.

– Rozumiem – odrzekł Melchior.

– Proszę Cię, pokłoń się temu nowo narodzonemu władcy, którego już teraz miłuję całym sercem,

w moim imieniu i ofiaruj mu ZŁOTO, na znak jego królewskiej godności, którą uznajemy i

szanujemy.

– Tak też uczynię, bracie – Melchior skłonił sie królowi i swemu bratu.

Wiele tysięcy mil dalej na zalanym słonecznym żarem południu pośród spękanej ziemi klęczał

młody mężczyzna. “Przeklinam dzień swoich narodzin! Przeklinam godzinę, kiedy wyszedłem z

łona mej matki! Czy na to człowiek się rodzi, aby jego serce cierpiało gorzej niźli po ukąszeniu

skorpiona? Moja dusza zna już tyko mowę szakali, moje oczy są jak ta ziemia wyschła na proch…

Czyż z radością nie oddałbym życia za tych najbliższych? Dlaczego oni, a nie ja? Nie ma już

Słońca, wszystko pochłonie ogień, wokół tylko popioły”

– Dość! Dość tego Baltazarze! – czyjś ostry i nie znoszący sprzeciwu głos kazał mu wstać z ziemi.

- Człowiekowi nie godzi się tarzać w kurzu, a zwłaszcza synowi wielkiego wodza. Powinieneś

dawać przykład męstwa swemu ludowi, a ty pogrążasz się w rozpaczy. – Tak karcił Baltazara

plemienny czarownik.

– Jakże mam być mężny, kiedy cała treść mojego życia odeszła. W bezsensowny i głupi sposób

odeszli ci, których kochałem. Gdybym był z nimi nie doszłoby do tego, gdybym nie poprosił

Leili o te zioła, gdybym nie był synem wodza…

– Zamilcz. – Czarownik wyraźnie tracił już cierpliwość. Gdybanie nic tu nie pomoże. Musisz

zaakceptować rzeczywistość. Czy nie rozumiesz, że płaczesz nad sobą, a nie nad żoną i

dzieckiem? Im niepotrzebne są Twoje łzy, bo oni są już szczęśliwi. Ty tylko koncentrujesz się na

sobie. Jesteś jak ślepiec. Rozpacz jest chorobą ducha, jest jak bagno które wciąga, nie możesz

oddychać, dusi cię gorycz i lęk. Twoje wnętrze jest czarne. Przestałeś być wolnym człowiekiem.

Jeśli żyjesz TY, a nie twoja żona i synek, to dlatego, że Bóg zachował twoje życie i chroni je z

jakichś tylko jemu wiadomych powodów. Nie wolno Ci tego ignorować. Powinieneś teraz udać

się na miejsce pustynne i wyciszyć się.

Baltazar usłuchał czarownika. Spędził wiele tygodni na pustyni zatopiony w medytacji. To z czasem

przyniosło mu ukojenie. Zżył się z ziemią po której stąpał, poznał życie pustynnych stworzeń,

towarzyszami były mu gwiazdy. Owej nocy, której ujrzał Gwiazdę, po raz pierwszy od tak dawna,

poczuł w sercu radość. Wiedział, że musi podążyć za jej blaskiem. Wyruszając w drogę przyciskał

do piersi mały skórzany woreczek z żywicą i ziołami, które przed śmiercią zebrała jego żona.

Trzej wędrowcy z trzech stron świata podążali za światłem Gwiazdy. Ich droga była długa, pełna

trudów i niebezpieczeństw. Kiedy burze i ciemne skłębione chmury przesłaniały im jej blask, nieraz

tracili ducha, a zwątpienie zakradało się do ich serc.

Kacper przebył długą morską drogę. Kiedy przybył do Babilonu, udał się do swych dawnych

przyjaciół aby nieco odświeżyć się i odpocząć. Miasto, mimo iż dni jego świetności dawno już

przeminęły, nadal kipiało życiem. Pałace, świątynie, ogrody, targi – wszystko pulsowało, tętniło

jednym barwnym korowodem. Kacper chcąc niechcąc dał się wciągnąć w hałaśliwy wir spotkań i

wizyt. Przyjaciele, których tak dawno nie widział, zapraszali go na niekończące się uczty, na

których można było miło pogawędzić o pogodzie, jak również wymienić się najnowszymi

odkryciami naukowymi czy poglądami na zupełnie poważne tematy. Kacper mówił o Gwieździe i o

celu swej podróży, jednak nie znalazł nikogo kto by podzielał jego entuzjazm, tak że w końcu sam

zaczął wątpić w sens swej podróży. Pewnej gwiaździstej nocy wracał wraz z dwoma towarzyszami,

którym wino mocno już szumiało w głowach, z hucznej uczty. Śmiali się i głośno rozprawiali o tym

i owym. Po drodze mijali wielu żebraków, którzy żałośnie wyciągali ku nim ręce. Towarzysze

Kacpra ze wzgardą i nieskrywaną złością odtrącali jednych, innym zaś nadawali, ku swojej uciesze,

obraźliwe epitety. Kacper, któremu przez wzgląd na swoje lata, nie w smak były takie żarty, starał

się trzymać nieco na dystans… W pewnej chwili zatrzymała go matka z małym dzieckiem na ręku.

Kacper spojrzał w jej łagodne oczy, a kiedy przeniósł wzrok na dziecko – zadrżał. Jak podcięty padł

na kolana. “Cóż ty głupcze robisz? – myślał. Jestem taki stary, a wiecznie gonię za tym co

chwilowe. Jakże mogłem zmarnować tyle czasu z tymi pijakami! Ślepiec ze mnie, mam nadzieję, że

nie jest jeszcze za późno!”. Jeszcze przed nastaniem świtu, nie mówiąc nic nikomu, Kacper

wyruszył w dalszą drogę. Odtąd jednak trwał w swym postanowieniu i nie zstępował już z obranej

ścieżki.

W końcu światło Gwiazdy pozwoliło mu spotkać dwóch pozostałych wędrowców. Stanęli

jednocześnie na rozstajach dróg i dalej podążyli razem.

Nocą, gdy niebo usiane było milionem gwiazd, a Droga Mleczna prezentowała się w całej swej

krasie, siedli przy dogasającym już ognisku. Rozmawiali.

– Tak, miałem wszystko – mówił najstarszy z nich Kacper. W tonie jego głosu czuło się gorycz. -

Jednak czułem w sobie pustkę. Za czasów mej młodości udawało mi się ją zagłuszyć. Bywałem

w towarzystwie, moje traktaty czytano w każdym szanującym się domu. Byłem otoczony

splendorem i chwałą, a przy tym pyszny. Pełen zapalczywości, nie raz wybuchałem gniewem.

Starałem się jednak podążać drogą prawdy. Z wiekiem coraz bardziej zagłębiałem się w lekturę

starożytnych pism. Ale odosobnienie zwiększało poczucie pustki. Wiedziałem, a jednak wiedza

nie dawała mi spokoju. Dopiero ta Gwiazda dała mi nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone…

– Chyba wiem, o czym mówisz. – rzekł Melchior. Czyż i ja nie próbowałem wznieść się ponad to

co ziemskie, ponad marność tego świata? Osiągnąłem wiele, a mimo to widzę teraz, że działałem

przez wzgląd na siebie, zaślepiła mnie pycha. W miarę podążania za Gwiazdą czuję, że

zostawiam siebie i prawdziwie wychodzę na pustynię. Gdy Melchior umilkł, głos zabrał

najmłodszy z nich Baltazar.

– Odkąd straciłem ukochaną żonę i syna nie mogę znaleźć ukojenia. Pragnę wierzyć, że król, który

się ma narodzić zwycięży śmierć. Pragnę wierzyć, że jest jakiś sens, że cierpienie niewinnych nie

pozostanie bez odpowiedzi.

Wędrowcy podążali dalej na zachód. Droga wiodła ich przez skaliste i nagie góry. Wspinali się już

wiele dni. Promienie słoneczne padające pionowo z góry nielitościwie ich piekły. Oczy łzawiły od

żaru i pyłu. Spękane wargi na próżno szukały życiodajnych kropli w pustych bukłakach. Nigdzie nie

było ani kawałka cienia, nie było takiej skały, czy takiego drzewka pod którym ich strudzone ciała

mogłyby znaleźć wytchnienie. Nocą zaś marzli wystawieni na lodowate podmuchy wiatru.

Pewnego dnia, kiedy byli już w połowie szczególnie stromego i trudnego podejścia, Melchior się

załamał. Nie miał już sił. Bolały go wszystkie mięśnie. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Ogarnęła

go złość.

– Nie pójdę już dalej. Mam dość. – oświadczył nagle współtowarzyszom. Nie chcę dłużej ginąć na

tej pustyni. – Jego irytacja rosła, próbował jakoś się usprawiedliwić. Nie chciał przyznać się do

słabości, ponadto wstydził się wątpliwości, które, im bardziej był zmęczony tym bardziej

przybierały na sile. Kacper, który potrafił przenikać tajniki duszy, łagodnie położył mu rękę na

ramieniu i rzekł:

– Przyjacielu. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Wysiłek, droga, którą musimy pokonać jest ponad

nasze siły. Jesteśmy słabi. Ty i ja. Jeśli zaakceptujesz tę prawdę, jeśli w sercu swoim powiesz

“tak, jestem słaby”, zostaniesz wyzwolony. Spójrz na Gwiazdę, przypomnij sobie co czułeś tam

daleko w swoim domu, kiedy po raz pierwszy ją ujrzałeś. Wszak to Król, którego ona zwiastuje,

daje nam siłę. Zdaj się na niego, a wszystko inne będzie ci przydane.

Słowa Kacpra przyniosły Melchiorowi ulgę i pokrzepienie. Nigdy nie pragnął słabości i słowa

przyjaciela wywarły na nim ogromne wrażenie. Poczuł, że coś w nim pęka. Szedł dalej, lecz jakby

ciszej i pokorniej. Po kilku dniach wyszli na równinę. Najcięższy etap podróży mieli już za sobą,

chociaż przygoda i niebezpieczeństwo nie opuszczały ich nadal. Nieraz musieli jeszcze stawić czoła

groźnym zwierzętom, lub wytężyć wszystkie siły w walce z żywiołami.

W miarę jak przybliżali się ku celowi swej podróży, ich serca biły coraz mocniej. Rozmowy stawały

się rzadsze, razem trwali w niecierpliwym oczekiwaniu pomieszanym jednakże z pewnym

niepokojem. Byli już naprawdę blisko. Nad jeziorem Genezaret postanowili wynająć niewielką łódź

żaglową i spłynąć w dół ku Samarii i Judei. Ledwo położyli się spać, kiedy zerwał się wielki wiatr.

Łódką szarpało na wszystkie strony i lada chwila mogli rozbić sie o przybrzeżne skały. Baltazar

niewiele myśląc wspiął się na maszt i zaczął zwijać żagle. W pewnym momencie wyjątkowo silny

podmuch wiatru zepchną Baltazara z poprzecznej belki na której stał, jednak zdążył on złapać się

liny. Wahnięcie to, jakkolwiek niebezpieczne dla życia Baltazara, spowodowało, że oporny żagiel

ustąpił, zaraz też Melchior złapał liny i zacisnął mocny, żeglarski węzeł. Gdy tylko Baltazar znów

stanął bezpiecznie na pokładzie wiatr ucichł tak samo nagle i niespodziewanie jak się pojawił.

Przyjaciele rzucili się ku Baltazarowi.

– Nic ci nie jest? – pytał rozgorączkowany Melchior. Mogłeś stracić życie! No, no, odwagę to ty

masz.

– Nie, nie, wszystko w porządku – odrzekł lekko pobladły, ale i uśmiechnięty Baltazar.

– To cud, że żyjesz – rzekł Kacper. Bóg zachowuje twoje życie. Dziękuj mu za to i nie popisuj się

więcej, bo cię wytargam za uszy.

W Samarii, która graniczyła z Judeą, zaczęli rozpytywać o króla który miał się narodzić. Jednakże

tubylcy niczego nie wiedzieli, również w Galilei patrzono na nich ze zdziwieniem, a nawet

pobłażliwym uśmiechem. W końcu skierowano ich ku wzgórzu Herodionu, gdzie wznosił się pałac

Heroda. Otoczony murami i basztami sprawiał wrażenie zimnego i niegościnnego miejsca.

Jego progi przekroczyli pełni niepewności, w sercu powtarzali sobie, że przecież to Gwiazda ich tu

przywiodła. Gdzież miałby narodzić się Król świata jeśli nie tu, w królewskim pałacu?

Poprowadzono ich do wielkiej sali, gdzie na tronie siedział Herod. Najstarszy z mędrców Kacper

wystąpił na przód i, pokłoniwszy się głęboko, rzekł:

– Witaj, czcigodny Herodzie! Wędrujemy z dalekiego wschodu już wiele miesięcy. Pragniemy

zapytać Cię: gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na

Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon. – Herod gdy to usłyszał przeraził się, ale nie dał tego

po sobie poznać. Chwilę milczał po czym odezwał się tymi słowami:

– O wielcy Mędrcy i szanowni goście, niestety nic nie słyszałem o żadnym nowo narodzonym

królu żydowskim. Ja sam, nad czym bardzo ubolewam, nie mam syna. Jednakże każę przywołać

arcykapłanów i uczonych w piśmie – może oni wiedzą coś na ten temat. Was tymczasem

uniżenie proszę o skorzystanie z gościny pod moim skromnym dachem. Na pewno potrzebujecie

teraz odpoczynku i dobrego jadła po tak długiej podróży.

Mędrcy podziękowali za gościnę i udali się za służbą do wskazanych komnat. Herod zebrał więc

wszystkich arcykapłanów i uczonych w piśmie i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz.

Ci mu odpowiedzieli:

– W Betlejem judzkim, bo tak zostało napisane przez Proroka: “A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie

jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który

będzie pasterzem ludu mego, Izraela”.

Serce Heroda zawrzało od strachu i gniewu. “Nie pozwolę, by jakieś dziecko pozbawiło mnie tronu!

- myślał. Tylko ja, ja mogę władać na tej ziemi”. Wieść o nowym królu i gniewie Heroda szybko

rozniosła się po Jerozolimie i całej Judei. Napełniła ludzi strachem, wszyscy znali charakter Heroda,

bardzo podejrzliwy i mściwy. Już nie raz pokazał, co potrafi. Rządził bezwzględnie, nękając

prostych ludzi wiecznie rosnącymi podatkami, przeciwników zaś swoich likwidował lekką ręką…

Wieczorem gdy dworzanie pokładli się już spać Herod przywołał potajemnie Mędrców i

wywiedział się od nich dokładnie o czas ukazania się Gwiazdy.

– Dokładnie dziewięć miesięcy temu – wyjaśniał mu Melchior, pokazując mapy niebieskich

wędrówek gwiazd. Gdy Słońce weszło w znak Ryby.

– Gwiazda wiodła nas aż tutaj – dodał Baltazar. Myśleliśmy, że Król narodzi się w stolicy, w

Jerozolimie. A to… Betlejem o którym mówią proroctwa. Co to za miejsce?

– Betlejem to małe miasteczko, prawie wioska, zupełnie nieznaczące. Nie sądzę, abyście znaleźli

tam coś prócz pasterzy i owiec. – rzekł Herod.

– Jednak spróbujemy – odparł milczący do tej pory Kacper.

– Zatem udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy je znajdziecie, donieście mi, abym

i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon.

Mędrcy, wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. Gdy tylko wyszli za bramy miasta, ujrzeli Gwiazdę,

znów zdali się na nią, a ona postępowała przed nimi prowadząc ich do celu. Jechali przez pustą

okolicę. Kiedy minęli ostatnie domostwa znaleźli się na rozległym pastwisku. Spostrzegli, że

Gwiazda zatrzymała się i bardzo się uradowali. Noc była cicha i piękna, a jednocześnie wypełniona

jakąś niezwykłą muzyką. Mędrcy zbliżyli się ku grocie, nad którą zawisła Gwiazda. Była to zwykła

grota w jakiej trzyma się zwierzęta, u wejścia pasło się spokojnie stadko owiec. Jednakże z wnętrza

groty wydobywało się niezwykłe światło. Z wielkim drżeniem serc weszli do środka i zobaczyli

Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali mu pokłon.

Zaraz Matka Dziecięcia i jego ojciec Józef zaczęli podnosić z ziemi zacnych gości. Lecz oni, nadal

klęcząc na słomie, ze wzruszeniem i łzami w oczach wpatrywali się w przepiękną, jaśniejącą

twarzyczkę Dzieciątka. W jednej chwili otworzyły im się oczy i zrozumieli to, czego pojąć do tej

pory nie potrafili. Kacper pojął, że ani wiedza, ani zaszczyty i władza nie przynoszą prawdy. Gdyż

prawda jest naga i bezbronna jak to Dziecię. Melchior zrozumiał, że nie znajdzie wolności w sobie

samym, bo wolność rodzi się tu, w słabości i delikatności tej niezwykłej nocy. Baltazar, patrząc w

oczy Dzieciątka wypełnione po brzegi miłością, znalazł ukojenie i pocieszenie. Uwierzył, że

cierpienie i śmierć nie mają ostatecznego słowa.

I, otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

Później, gdy położyli się już spać, we śnie nawiedził ich anioł od którego otrzymali nakaz, żeby nie

wracali do Heroda. Rankiem, pożegnawszy się z Dzieciątkiem, Maryją i Józefem, inną drogą udali

się z powrotem do swych krain. Wracali pełni szczęścia i radości, śpiewając:

 

Oto błogosławcie Pana,

wszyscy słudzy Pańscy,

którzy trwacie nocami w domu Pańskim.

Wznieście ręce wasze ku Miejscu Świętemu

i błogosławcie Pana!

Niechaj cię Pan błogosławi z Syjonu,

Ten, który uczynił niebo i ziemię!